środa, 18 grudnia 2013

Rozdział I

- Maleït (cholera jasna)- powiedział mężczyzna wysiadający z białego Audi Q7 
 - Ałł aaa, as you drive, ram (jak jeździsz, baranie?) - powiedziałam ze łzami w oczach. 
- Tak, taak, biedna istotka... Tylko, że to Ty weszłaś na ulice nie patrząc czy coś jedzie - powiedział mężczyzna stojący nade mną. 
- Że niby to moja wina- powiedziałam, próbując się podnieść. 
- A może moja, jadę sobie spokojnie do lekarza, a Ty mi wychodzisz na jezdnie. Daj pomogę Ci wstać. 
- Ochhh, jaki Ty szarmancki. Może mam Ci jeszcze dziękować, mój wybawicielu.- powiedziałam po angielsku. 
- Możesz chodzić? - powiedział ciemnooki mężczyzna. 
- Taaak, zaraz pobiegnę w maratonie - moja irytacja sięgała już zenitu. 
- Poczekaj, zadzwonię po karetkę. 
- Nie trzeba, obejdzie się bez pomocy lekarzy. 
Leooo, Leooo- ktoś krzyczał z oddali. 
- Coś się stało?- dodał po chwili gdy do nas dotarł.
 - ¡bon dia- powiedział mężczyzna, który mnie przed chwilą potrącił.
Przez chwilę byłam świadkiem rozmowy dwóch mężczyzn po katalońsku i wszystko byłoby w porządku gdybym rozumiała o czym oni rozmawiają.
 - Usiądź na ziemi- powiedział mężczyzna, który do nas podszedł i dodał po angielsku:
 - Jestem lekarzem, nazywam się dr Ricard Pruna. Pracuję z piłkarzami FC Barcelony. A Ty jak się nazywasz?
- Byłam zdziwiona tym co powiedział mi ten mężczyzna. Wyszeptałam tylko Karolina.
 - Ok. Powiedz gdzie Cię boli.
Przez chwilę byłam badana przez lekarza piłkarzy Barcelony, który dodał po katalońsku do mężczyzny, który mnie potrącił:
- Musisz pojechać z nią do szpitala, prawdopodobnie ma złamany piszczel. Boję się, że jest to złamanie z przemieszczeniem.
- Dobrze- dodał ciemnooki mężczyzna.
 - Coś nie tak, doktorze- dodałam.
- Nieee bój się, nic Ci nie jest. Musisz tylko pojechać do lekarza. Leo, Cię zawiezie.
- Jaki Leo??- byłam dość zdziwiona.
 - Nazywam się Leo Messi- powiedział mężczyzna przez którego bolała mnie noga.
- Że jaaak??? Robisz sobie jaja.. Nie jestem głupia, wiem przecież jak wygląda Messi- dodałam patrząc mu w oczy.
- A więc jak???- spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy.
- O choleraaaa, przepraszam nie poznałam Pana..
W tej chwili wtrącił się lekarz:
- Jaki Pan, przecież to jest nasz Leo. Dobra dzieciaki ja muszę jechać już do klubu. Leo naszą wizytę przekładamy na jutro rano, dobrze?
 - Taak jest, Panie doktorze- powiedział sam boski Leo Messi
Po czym dodał:
- Daj pomogę Ci wsiąść do samochodu.
Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Było mi trochę głupio, że nie poznałam najlepszego piłkarza na świecie.
- Jesteśmy już na miejscu- powiedział Leo pod szpitalem. Poczekaj, poszukam jakiegoś wózka i zaraz po Ciebie przyjadę.
- Daj spokój, nie jestem obłożnie chora, poradzę sobie. Dzięki za podwiezienie- zaczęłam wysiadać z samochodu po czym upadałam na ziemie.
Leo wysiadł i powiedział do mnie:
- Zawsze jesteś taka uparta. Nie dasz sobie w ogóle pomóc. Siadaj na wózek, zawiozę Cie na izbę.
- Haa, bardzo śmieszne. Może jestem uparta, a Ty za to jesteś zbyt pewny siebie.
- Dobra, dobra pogadamy o tym później.- uśmiechnął się i czym prędzej pośpieszyliśmy na izbę przyjęć.
- Dzień dobry Państwu, przywiozłem chorego- powiedział Messi patrząc na jakąś kobietę. 
- Czy Ty musisz robić tyle szumu wokół siebie- powiedziałam zdenerwowana. 
- Nie muszę, ale lubię  
- Els dono la benvinguda. què passa? (Witam Panią, co dolega?)- powiedziała jedna z kobiet 
- Aaa ta Pani nie mówi po Katalońsku-dodał Messi po angielsku. 
- Poradzę sobie, nie musisz mnie wyręczać.- spojrzałam na Leo. 
- Wolałem sprawdzić. 
- Dobrze, dobrze już spokojnie- rozdzieliła nas lekarka. Narzeczony poczeka na zewnątrz- spoglądając na nas obojga. 
- Ale, ale.. my nie jesteśmy- przerwała mi znowu ta sama kobieta.
- Proszę się położyć zrobimy rentgen. 
- Bo ja nie chcący ją potrąciłem- powiedział zdenerwowany Leo. 
- Ale Pan niech już wyjdzie, poradzimy sobie. Narzeczona jest w dobrych rękach- powiedziała dość poddenerwowana pielęgniarka. 
Tak bardzo chciało mi się śmiać z tej całej sytuacji, ale musiałam panować nad sobą. Po chwili było już po wszystkim. Lekarze zabrali zdjęcie i wyszli do innego gabinetu. 
- Wszystko w porządku- usłyszałam szepty z uchylonych drzwi. Był tam Leo. 
- Nie wiem, wyszli do innego gabinetu- wyszeptałam. 
- Aaa to dobrze- powiedział Leo wchodząc do gabinetu. 
- To znowu Pan, lekarz przecież kazał Panu poczekać na zewnątrz. Nikt tu nikogo nie ukradnie- powiedziała pielęgniarka. 
- Ale, ale ja sprawdzam tylko czy wszystko w porządku- powiedział zawstydzony 
- Haaaa haaaa haaa- nie mogłam już wytrzymać ze śmiechu. 
Po 5 minutach weszła Pani doktor i powiedziała, ze mogę się już ubrać, usiąść na wózek i pojechać do gabinetu zabiegowego. 
- Co jest nie tak?- powiedział piłkarz Barcelony po katalońsku do lekarza. 
- Wszystko w porządku, obeszło się bez złamania z przemieszczeniem. Pana narzeczona będzie musiała tylko pochodzić przez 10 dni w gipsie.- powiedziała Pani doktor po angielsku. 
- Ufff...- odetchnął chyba z ulgą Leo. 
- Zapraszam za 10 dni do kontroli, a teraz już uciekajcie do zabiegowego!
Gdy miałam wchodzić już do gabinetu, spojrzałam na napastnika Barcy i poprosiłam, aby zadzwonił do Krysi i powiedział gdzie jestem. 
- Dobrze, nie ma sprawy. Zaraz do niej zadzwonię- i znowu uśmiechnął się tym swoim podstępnym uśmiechem. 
Po 30 minutach wyjechałam z gipsową nogą z gabinetu. 
- Wszystko w porządku- spytała po polsku Krysia
- A nie widać...- powiedziałam ironicznie.
- Dobra, dobra.. wszystko rozumie, Roger czeka na nas na zewnątrz. Zaraz będziesz w domu- pocieszyła mnie koleżanka. 
Lionel stał obok nas i tylko się przysłuchiwał naszej rozmowie. Wyszedł z nami ze szpitala. Odwrócił się jeszcze w moją stronę i powiedział:
- Rozumie, ze jesteś już bezpieczna. Mogę Cię zostawić w opiece przyjaciółki. 
- Taak, taak... Bardzo dziękuję za pomoc, Aaa i przepraszam, ze weszłam Ci pod koła. 
- Nic się nie stało.. Gorzej z rowerem- dodał 
- Jakoś sobie poradzę przez te 10 dni bez niego. 
 - No taaak, teraz na niego nie wsiądziesz- wtrąciła się Krysia. 
Barcelońska 10 już odchodziła gdy zauważył go Roger.
- Ooo jezusieee, kogo ja widzę... Najlepszy piłkarz roku, co ja gadam zdobywca czterech złotych piłek. Krystyna uszczypnij mnie.
- Taaak, taaak kochanie to sam Leo Messi- powiedziała Krystyna bez entuzjazmu.
 - Widziałem mecz, w którym doznałeś kontuzji... Nieee no ten piłkarz spóźnił się z
interwencją, zdecydowanie- powiedział znowu Roger.
- Czy Ty możesz w końcu nam pomóc. Karolina jest zmęczona, chce wrócić już do domu.- dodała Krysia.
- Tak, tak kochanie już, zaraz Wam pomagam- powiedział Rogi po czym zagadywał dalej Messiego.
- Rogi do cholery jasnej długo mamy czekać.

Nieee miarka się przebrała, w tej chwili nam pomóż. Krysia podeszła do Rogera i zaczęła z nim się kłócić po katalońsku. 
- Leo, możesz mnie odwieźć do domu, bo coś czuję, ze oni tak szybko nie skończą ze sobą rozmawiać- spojrzałam z rozbawieniem na twarzy na Messiego. 
- Ależ oczywiście, daj pomogę Ci wsiąść do auta- dodał z takim samym rozbawieniem. 
Gdy już byliśmy w samochodzie Messi dodał: 
- Bożeee co za temperament, myślałem, ze go tam pobije. Wy wszystkie macie taki temperament. 
- Jakie wszystkie- spojrzałam na niego zdziwiona. 
- No stamtąd skąd pochodzicie. 
- Chodzi Ci o Polskę. 
- Jesteś z Polski??? Niee no nie wierzę... 
- To źle, bo nie rozumie- znowu na niego spojrzałam 
- Właśnie niee, w Polsce mamy najbardziej oddanych kibiców.. Kurde jak się chłopaki dowiedzą, że potrąciłem naszą fankę to mi nie uwierzą.- zerknął szybko na mnie po czym znów patrzył na drogę. 
- Kto powiedział, ze jestem Waszą fanką? A zresztą jacy chłopacy? 
- No jak to nie wiesz: Cesc, Gerard, Victor, Dani, Ney, Pedro, Alexis i wielu wielu innych. 
- Aaa o nich mówisz, a tak w ogóle Ty wiesz gdzie masz jechać? 
- A no właśnie, gdzie mieszkasz... 
- Jaki Ty jesteś roztrzepany. Dwie ulice od stadionu. Będę Cię prowadzić  
- Oki, to śmigamy na Camp Nou. 
W tym zadzwonił mój telefon: 
- Hallo! 
- Karola, gdzie Ty jesteś?- powiedziała Krysia 
- Za chwilę będę pod domem- powiedziałam zerkając na Messiego. 
- Nic mi nie mów, ten osioł tak mnie zdenerwował, że nawet nie zauważyłam, że Cię nie ma. 
W oddali było słychać jak Roger próbuje powiedzieć po polsku, ze wszystko rozumie. 
- Nic się nie stało Krysia, Pan Messi mnie podwiezie. 
- My czekamy już na Was na miejscu. 
- Paaaa  
- Czyżby Twoja szalona koleżanka- powiedział kierowca bialej Q7. 
- Taak, czekają na mnie pod moim domem. 
- My już zaraz też będziemy. 
Dokładnie po 3 minutach byliśmy już na miejscu. Roger znowu wyskoczył z auta i pobiegł w naszą stronę 
- Panie Messi przepraszam za moją żonę, ona była tak podekscytowana tym, że Pana ujrzała, ze aż się kobiecina zestresowała 
- Rogi, ja Ci się zaraz zestresuje jak Ty chcesz- powiedziała Krysia wysiadając z samochodu. 
- Dobra, dobra wystarczy już tego wszystkiego. Dziękuję za podwiezienie i jeszcze raz przepraszam Panie Messi.- powiedziałam przez śmiech. 
- A więc tu Pani mieszka... Ja również przepraszam i do zobaczenia, może się jeszcze kiedyś spotkamy dodał. 
- Mam nadzieje, że nieee- spojrzałam mu prosto w oczy i zauważyłam jakąś dziwną pustkę. 
Messi wsiadł i odjechał. A ja z moimi przyjaciółmi z Barcelony poszłam do domu.


- Jak go poznałaś?- zapytał Roger.
- Długa historia, może kiedyś Ci opowiem. Teraz jestem zmęczona- powiedziałam wchodząc po schodach do mieszkania na poddaszu. 
- Może zamieszkasz przez ten czas u nas- dodała Krysia. 
- Jaki czas?- spojrzałam na nią. 
- Aż Ci nie ściągną tego gipsu. 
- O nieee, nie zamierzam się stąd ruszać. Szczerze potrzebowałam takiego wyautowania na jakiś czas, bo pomoże mi to zabrać się w końcu do nauki języka- mówiłam patrząc przez okno na Barcelonę. 
Co jak co, ale widok miałam przepiękny  
- Skoro tak mówisz, to nie zostaje nam nic innego jak pomóc Ci w nauce języka.
- Noo, zaraz lepiej. Aa Roger jakbym mogła Cię prosić jeszcze o zmontowanie mi łóżka, bo wątpię że wyśpię się na tym materacu ;)- dodałam próbując położyć się na jednoosobowym materacu. 
Gdy Roger zabrał się za montowanie łóżka spojrzałam na Krystynę i zauważyłam, ze chce coś powiedzieć: 
- Krysia, co jest??? 
- Wiem, ze nie powinnam się wtrącać, bo to nie moja sprawa, ale czy ten dzisiejszy wypadek nie miał na celu uświadomienie Ci, że Barcelona nie jest dla Ciebie... że powinnaś zostawić to wszystko i wrócić na studia... możesz być najlepszą dziennikarką w kraju, a Ty marnujesz swoje życie w jakiejś norze.. 
- Norze??? Co masz na myśli???- dążyłam dość niepotrzebnie ten temat 
- No nie obraź się, ale tego czegoś nawet nie można nazwać mieszkaniem. Nie masz kuchni, łazienki, a na środku tego całego bałaganu stoi tylko i wyłącznie łóżko. 
- O przepraszam, mam łazienkę, która nawet dobrze prosperuje- wtrąciłam, aby załagodzić sytuacje. 
- Aaa nazywasz tą toaletę i umywalkę łazienką.. Świetnie!!! Czy Ty nie widzisz, ze marnujesz sobie życie, Roger proszę powiedz coś jej, może Ciebie posłucha, bo Ja już nie mam siły do niej- spojrzała na Rogera skręcającego łóżko. 
- Wiecie co dziewczyny, wydaje mi się, że przesadzacie. Krysia niepotrzebnie chcesz zastąpić Karolinie matkę. Jest dość dorosła, zeby odpowiadać za swoje życie. Jak dostanie kopa w d**ę to nauczy się raz na zawsze nie podejmować zbyt pochopnie decyzji. A Ty, Karola zastanów się czasami dwa razy czy dobrze postępujesz. A teraz już, koniec i kropka... Nie wytykamy błędów tylko wspieramy się nawzajem - powiedział Roger patrząc na mnie i Krysie. 
- Dobra, może masz racje Roger. Przepraszam nie powinnam tak na Ciebie naskakiwać Karola, przepraszam- uśmiechnęła się Krysia. 
- Ja też Was przepraszam za to, że cały czas musicie się mną zajmować.- przerwał mi Roger 
- Przecież jesteśmy rodzinną przez duże R- powiedział łamiąc język polski. 
Od tamtej rozmowy wiele zrozumiałam przynajmniej tak mi się wydawało. Przez ostatni tydzień byłam skazana na siedzeniu w domu co pomogło mi w ćwiczeniu języka. Krysia wpadała każdego dnia sprawdzić jak się czuję i przynosiła jedzenie. Próbowałam nawet ogarnąć trochę mieszkanie nie miałam siły podnieść niektórych rzeczy. Roger też wpadał co jakiś czas. Wynosił śmieci i przesuwał lub wyrzucał niepotrzebne graty ze strychu. Można powiedzieć, że dzięki Rogiemu mój język każdego dnia brzmiał lepiej. Częste rozmowy po katalońsku powodowały, że nie bałam się go już używać. Mieszkanie z dnia na dzień robiło się coraz to czystsze i mało zagracone, chociaż cały czas stało w nim tylko łóżko i fortepian.
W wolnym czasie szukałam pracy, aż pewnego dnia zadzwonił właściciel najlepszego klubu w mieście z pewną ofertą pracy. 

Dziś mija siódmy dzień noszenia "wielkiej białej nogi". O 10 mam umówioną rozmowę kwalifikacyjną w "Luz de gas". Jednym z największych klubów nocnych w Barcelonie,w którym bawią sami Katalończycy. Właściciel był nawet dość miły przez telefon, ale czas pokaże co zaoferuje.Gdy przybyłam na miejsce zostałam oprowadzona przez Pana Guerreiro, który był tam managerem. Klub ten był dość duży (nie ma się co dziwić skoro była tam dyskoteka, teatr i restauracja). 
 - Czytałem Twoje CV i nie ukrywam, ze troszeczkę się zdziwiłem. Co robisz w Barcelonie?- zaczął rozmowę dość potężny Pan.
 - Od jakiegoś czasu mieszkam tutaj i nie ukrywam, że szukam pracy, która pozwoli mi rozwinąć skrzydła- powiedziałam po angielsku bojąc się, ze coś przeoczę lub zmienię w języku katalońskim. 
- Z językiem widzę, że dość słabo- kontynuował Pan Guerreiro po angielsku. 
- Cały czas się uczę- powiedziałam po katalońsku, po czym dodałam: Boję się, ze nie zrobię dość dobrego wrażenia na Panu, a zależy mi na tej pracy. 
- No, no, nooo... Przejdźmy do konkretów: dziennikarka w Warszawskiej Szkole Dziennikarstwa, kelnerka w dość prestiżowych restauracjach jak na Warszawę no i co najciekawsze śpiewała pani w jakimś zespole, czyż nie mam racji?- spojrzał zza mojego CV. 
- Widzę, że Pan dość dobrze studiował moje CV. Jetem na ostatnim roku studiów, ale mam urlop dziekański jeszcze przez najbliższe 7 miesięcy.

- Dobrze powiem krótko, potrzebujemy kogoś dość obrotnego.W restauracji potrzebuje kelnerki, a w dyskotece barmanki i najlepiej by było, żeby była to jedna i ta sama osoba. Pasuje Pani??
- Taak, oczywiście. Dalej jestem zainteresowana.
- Przyjmę Cię na razie na okres próbny, ale musisz mi obiecać, że podszkolisz swój język.
- Zgadzam się i obiecuję, że w ciągu miesiąca opanuję język.- uśmiechnęłam się do Pana Guerreiro, ale nie wiedziałam czy jest to na miejscu.
- Zaczynasz od dzisiejszego wieczoru. Klub jest dzisiaj zarezerwowany przez przyjaciół syna właściciela.
- Dobrze - dodałam odchodząc już od stolika.
- Aaa i jeszcze jedno. Pozbądź się tego gipsu, bo nie wpuszczę Cię w nim na sale.- dodał manager lokalu gdy byłam już przy drzwiach.
Prosto z "Luz de gas" poszłam do ośrodka by spotkać się z Krysią. Opowiedziałam jej o spotkaniu i poprosiłam o odwiezienie do domu. Gdy byłam już w domu, zaczęłam zastanawiać się jak mam pozbyć się tego gipsu. Po chwili zastanowienia usiadłam na łóżku i nożyczkami i zaczęłam przecinać dość gruby gips. Rozchodziłam jeszcze trochę nogę, przebrałam się i wybyłam szybko do swojej nowej pracy. 
Gdy byłam już na miejscu było tam dość głośno, każdy biegał i coś załatwiał. Byłam trochę przerażona. W pewnym momencie zawołała mnie jakaś dziewczyna. 
- Hallo Karola, chodź tu!- krzyknęła stojąc w drzwiach od kuchni. Podeszłam do niej i zapytałam co się tu dzieje. 
- Jeden z muzyków się rozchorował i nie przyjedzie dziś- powiedziała z przerażeniem w oczach. 
- Ale przecież to nic złego, chyba nie był jedynym, z którym pracowaliście- powiedziałam olewając ten temat. 
- Chyba nie wiesz co mówisz.. Współpracowaliśmy tylko z nimi i nie mamy innego wokalisty. Wiesz z czym się to wiąże, jeśli szef się dowie to wszyscy tu zginiemy marnie. 
- Dobrze, dobrze.. Nie wiedziałam. Wydawało mi się, że jak na taki lokal macie więcej takich ludzi i szybko znajdziecie zastępstwo- dodałam patrząc w stronę Pana Guerreiro, który był dość poddenerwowany. 
- Chować się!- krzyknęła dziewczyna stojąca obok mnie wciągając mnie do kuchni. 
- Ałaaa, co robisz?- krzyknęłam 
- Szef, szef... właśnie wszedł do lokalu. 
Spojrzałam przez okno w drzwiach chcąc ujrzeć tego mężczyznę. 
- Schowaj się- powiedziała druga z kelnerek. 
- Dlaczego??- zapytałam. Mam zamiar się przedstawić i z nim porozmawiać, przecież to mój szef- dodałam wychodząc z kuchni. 
Gdy byłam już coraz bliżej swojego szefa i rozmawiającego z nim Pana Guerreiro powiedziałam dość otwarcie po katalońsku: 
- Dzień dobry Panu, jestem nową kelnerką i barmanką w tym lokalu i bardzo zależało mi na poznaniu Pana- uśmiechnęłam się patrząc w jego dość stare oczy.

- Kim jest ta dziewczyna?- powiedział do Pana Guerreiro 
- Nowa kelnerka- powiedział poirytowany Pan Guerreiro 
- Znalazłeś już kogoś na miejsce tego wokalisty- dodał szybko właściciel. 
- Na razie niee, ale cały czas szukam- spojrzał na szefa manager po czym dzwonił do kolejnych wokalistów. 
- Zaraz, zaraz- przerwałam. Przecież ja mogę pomóc, może nie jestem Rihanną, ale potrafię śpiewać. Pan Guerreiro był już tak zdenerwowany, że wykrzyczał w moją stronę: 
- Nie masz co robić! Zajmij się swoją pracą przecież masz za nią płaconą, a nie przeszkadzasz innym! 
- Poczekaj Matt- przerwał Panu Guerreiro właściciel lokalu. Może to nie jest taki głupi pomysł. Usiadła by z chłopakami i może przez te 2 godzinny udało by im się przygotować jakieś 5 coverów. 
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł, ale to Pan jest tu szefem- dodał znudzony już Pan Guerreiro. Właściciel klubu spojrzał na mnie i powiedział: 
- Dobrze dziecko, zdejmij ten fartuszek i do roboty. Mamy tylko 2 godziny. 
Uśmiechnęłam i szybko pobiegłam do chłopaków z zespołu. Usłyszałam jeszcze jak Pan Guerreiro powiedział do szefa: 
- Panie Rodriguez czy to jest dobry pomysł? 
- Nie wiem Matt, ale zobaczymy co z tego wyniknie. A teraz do pracy, mamy jeszcze dużo do zrobienia- uśmiechnął się i wyszedł z lokalu. 
Wieczorem gdy gości zaczęło przybywać stałam i rozmawiałam z chłopakami gdy podszedł do nas Pan Rodriguez. 
- Zestresowani?- zapytał całą grupę. 
- Ależ nie szefuniu. Już nie możemy się doczekać kiedy wejdziemy na scenę. Karola jest świetna :)- powiedział jeden z muzyków. 
- Wszystko w porządku, dziecko- dodał patrząc w moją stronę. 
- Oczywiście, będzie dobrze- dodałam patrząc jak goście zajmują miejsca w sali teatralnej. 
- Jesteś już gotowa?- drążył temat. 
- Tak, taak.. Zaraz wchodzimy na scenę i damy czadu- dodałam dalej nie wierząc co się dzieje na sali. 
- Ale gdzie masz sukienkę???- spojrzał na mój strój kelnerki
- Jaką sukienkę?? Nikt mi nie powiedział, że mam ją mieć- przeraziłam się.
- No chyba nie masz zamiaru w tym śpiewać- powiedział Pan Matt dochodząc do nas. 
- Spokojnie dziecko, zaraz coś poradzimy- uśmiechnął się. Ale najpierw poznaj mojego syna i jego narzeczoną.  
- Poznajcie się- powiedział Pan Rodriguez po czym dodał: - Pedro, Karolina. Karolina, Pedro. 
- Cześć, miło Cię poznać- powiedział Pedro podając mi rękę. 
- Mnie również- wypowiedziałam już wiedząc kim jest ten mężczyzna. 
Pedrito Rodriguez przecież to barcelońska 7- pomyślałam.
Porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę i poszłam pochwalić się dziewczyną z kuchni, że poznałam piłkarza, który w ostatnim meczu Barcelony zdobył cudowną brameczkę. Kucharki chyba nie znały się na piłce, bo nie przyjęły tego z tak dużym entuzjazmem jak ja. Gdy już miałam z niej wychodzić poproszono mnie jeszcze o zaniesienie jednej kawy Panu Rodriguez. Gdy już zmierzałam do szefa potknęłam się i wylałam gorącą kawę na jednego z gości.
- Bardzo Pana przeprasza, straszna niezdara ze mnie- mówiłam zbierając potłuczoną filiżankę.
Mężczyzna w pięknym garniturze uklęknął i pomógł mi pozbierać potłuczone szkło. Wstając podniosłam wzrok chcąc podziękować temu Panu.
- Bardzo Panu... To Ty?-  powiedziałam bez zastanowienia. 




                                                   Następny rozdział już w piątek (20-12-2013)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz